Bertrand Fenster und Türen

Zawody to ciągła walka z myślami

Czy można zdobyć najwyższy szczyt na świecie…nie wyjeżdżając przy tym z Polski? Można! Trzeba jednak przejechać się do Warszawy i wziąć udział w zawodach Everest Run. Takiego wyzwania podjął się nasz Kierownik HR, Tomasz, który wyjaśnia o co w tej zabawie chodzi, jak i – przede wszystkim – jak mu w tych zawodach poszło. Zapraszamy na krótką rozmowę z Naszym kolegą.

Jak doszło do tego, że wziąłeś udział w organizowanych w Warszawie zawodach „Everest Run Skyliner”? Nie są to zbyt rozpoznawalne zawody, stąd też rodzi się pytanie, skąd Ty się o nich dowiedziałeś?

Zgadza się, te zawody nie są aż tak popularne, jeśli mówimy o Pomorzu. Polegają na wejściu po schodach 55 razy na 42 piętro i w ten sposób osiągamy wysokość szczytu Mount Everest. Mamy na to maksymalnie 24h. Przyznam, że ja też wcześniej o takiej imprezie nie słyszałem. Natomiast jeszcze pod koniec tamtego roku natrafiłem na jakiś tekst, który opisywał te wydarzenie i gdzieś tam sobie zapamiętałem, że taka impreza się odbędzie. Pomyślałem wtedy, że zawody odbędą się, jak zawsze, w kwietniu, ewentualnie w marcu, więc na spokojnie zdążę się przygotować. Natomiast szybko okazało się, że zapisy ruszają już w styczniu, a wydarzenie odbędzie się w lutym. Mimo wszystko zapisałem się, mając jednak na uwadze, że trochę mało czasu na przygotowania…

Co Cię jeszcze przekonało do tej decyzji?

Charytatywny cel tej imprezy. Wpisowe jest przekazywane na fajny, pożyteczny społecznie cel –  Fundację Wsparcia Ratownictwa. Generalnie jednak chciałem spróbować czegoś takiego, ponieważ jedyne moje doświadczenie związane z wchodzeniem po schodach, to impreza, która odbywała się we Wrocławiu w Sky Tower. Tam jednak trzeba było możliwie jak najszybciej wbiec na 49 piętro, czyli bardziej sprinterski wyścig. Teraz chciałem zobaczyć jak się sprawdzę w takim długodystansowym wyzwaniu – 24h biegu po schodach.

Wspomniałeś o ważnym aspekcie, jakim są przygotowania do takiej imprezy? Jak wyglądały Twoje?

A, różnie. Trochę mi nie pomagała pogoda, ponieważ wraz z początkiem roku nastała taka prawdziwa zima. Starałem się trenować jak najwięcej na schodach na zewnątrz, nie wewnątrz budynków. Dodatkowo robiłem trochę podbiegów, plus trening siłowy w CrossBox Kaszuby. Niemniej jednak ilościowo powinienem tych treningów zrobić zdecydowanie więcej, głównie tych polegających na wchodzeniu po schodach. Ulubione miejsce na trening? Punkt widokowy w Redzie na górze Jarej. Trochę tych schodów tam jest. Może gdybym miał ten miesiąc dłużej na przygotowania, to i przygotowałbym się delikatnie lepiej, ale nie sądzę abym drastycznie poprawił wynik.

W którym momencie poczułeś, że jest ciężko?

Pierwsze wejście nie było takie złe – 11 min. 22 s. choć na samych schodach było wówczas sporo ludzi. Był ścisk, było duszno, trochę się czułem jak w saunie. Po trzeciej godzinie zaczęło się nakładać spore zmęczenie, więc musiałem szybko zweryfikować swój cel, jeśli chodzi o liczbę wejść w ciągu godziny.

A ile sobie wcześniej założyłeś?

Trzy. Naprawdę chciałem do tych pięćdziesięciu pięciu w ciągu doby dojść. Lecz szybko uświadomiłem sobie, że na ten moment jest to dla mnie kompletnie nierealne. Założyłem sobie wówczas, że te dziesięć, piętnaście wejść muszę zrobić. Po którymś razie zobaczyłem rozpiskę od organizatora, z której wynikało, że szesnaście wejść równa się wysokości najwyższego szczytu w Polsce i to był mój cel minimum.

W jaki sposób człowiek odczuwa to zmęczenie? Bardziej fizycznie, czy psychicznie?

Na pewno w pierwszej kolejności czujesz nogi. Jak mięśnie palą jak oblane benzyną, to jeszcze nie tak źle, gorzej jak już są tak zmęczone, że chcesz podnieść nogę, odbić się z niej, ale czujesz, że już nie ma przysłowiowego paliwa w baku😊. Oddechowo czułem się w porządku. Nawet jak już kończyłem udział to wolontariuszka była zaskoczona, bo podobno nie wyglądałem na zmęczonego😊, ale nogi już mi odcinało. Jeszcze jedno-dwa wejścia i o własnych siłach bym nie wyszedł z tego wieżowca😊. A w kolejnym etapie, oprócz krańcowego zmęczenia, walczysz głównie z głową. Nie wiem też, czy po tych schodach nie wchodziłem za szybko, ale teraz to gdybanie. Jeśli miałbym porównywać te zawody do wcześniejszych, w których brałem udział, czy to do Runmageddonu, czy biegu pod skocznie w Wiśle, biegu po schodach we Wrocławiu, czy biegu po torze motocrossowym u Jurka Górskiego w Głogowie, to trudniej było chyba tylko na tym torze, ale impreza Pana Jerzego zobowiązuje – tam musi być ciężko😊 Z kolei zawody crossfitowe, to zupełnie inna bajka i trudno o porównanie.

Miałeś taki przebłysk lub myśl, że co ja tu robię?

Aż tak nie. Natomiast jest to ciągła walka w głowie z myślami. Były trudne momenty. Takie, że myślałem, że to już ostatnie wejście. Starałem się trochę oszukiwać głowę – a to wchodziłem z muzyką, a to nie patrzyłem, na którym aktualnie piętrze jestem, tylko głowa w dół i parłem do przodu. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że nie po to tyle kilometrów jechałem, by wejść przysłowiowe dwa razy i wracać.

A które wejście było najtrudniejsze?

Te szesnaste, ostatnie wbrew pozorom, wcale nie było, bo już wiedziałem, że to finisz. Największy kryzys miałem około dziewiątego wejścia. Zrobiłem sobie wtedy dwugodzinną przerwę, w trakcie której tylko leżałem. To każdy z uczestników decydował o tym, kiedy odpoczywa, kiedy coś je, jak szybko i z jaką częstotliwością wchodzi. Każdy miał swoją indywidualną taktykę i swoje cele.

Czy w bliższej lub dalszej przyszłości planujesz jeszcze jakieś starty?

Plan minimum w postaci startu w zawodach raz w roku został zrealizowany, ale nie mówię, że to koniec, bo mamy dopiero luty😊  Chodzi mi po głowie długodystansowy wyścig na ergometrach wioślarskich. Chciałbym też poprawić swój wynik w „Murph challenge” (1 mila biegu, 100 podciągnięć na drążku, 200 pompek, 300 przysiadów, 1 mila biegu)  i zejść poniżej godziny. Na razie jednak wciąż jeszcze odczuwam trudy ostatniej sportowej przygody, więc nie myślę o niczym innym tylko  o odpoczynku.

A w dalszej przyszłości chciałbym kiedyś zorganizować 24h charytatywny mecz tenisa stołowego polegający na tym, że przy stole mogą się zmieniać zawodnicy, ale piłeczka musi być przebijana przez siatkę bez przerwy całe 24h.

Sprechen Sie über unser Angebot

Wir haben etwas Besonderes für Sie vorbereitet

empfohlene Artikel

W kolejnej odsłonie cyklu przedstawimy Gabrielę, czyli naszą nową technolog na produkcji drewna, która dołączyła do zespołu Bertrand ok. 2…

W naszym stałym cyklu #ludziebertrand poznajcie Rafała, naszego znanego i lubianego Team Leadera Działu Sprzedaży Obiektowej. Jak trafiłeś do firmy…

Nagroda dla firmy Bertrand w kategorii: Best Home Technology Product to była taka wisienka na torcie. Przepiękne zwieńczenie tej ogromnej…