Bertrand Windows and Doors

Dziennik z Vegas – Rozdział I

Jest coś koło godziny 7:30, wcześnie jeszcze, a mimo to, mnóstwo osób na ulicach. Ktoś uprawia jogging, ktoś z kubkiem kawy w dłoni sunie leniwie po głównej ulicy. Las Vegas wita zarówno swoich mieszkańców jak i przybyłych gości po równo, czyli przepiękną pogodą i pełnym słońcem. Stoję na światłach przed przejściem dla pieszych, jako jedna z blisko pięćdziesięciu osób podążających w tym samym kierunku. Po twarzach niektórych widać, że świt przyszedł zbyt wcześnie, inni z kolei, jak pewne trzy dziewczyny ubrane w czarne, jednolite kostiumy, wesoło rozprawiają.

Różni nas wygląd, kraj pochodzenia, firma, którą właśnie reprezentujemy, nawet kolor smyczy, na której jest zawieszony identyfikator, ale ta plakietka dobitnie wskazuje, że choć różni nas właściwie wszystko, to jednak wszyscy idziemy w tym samym kierunku.

Też na targi? – uśmiecha się do mnie blondynka, oceniając na oko, tak około trzydziestki. – Tak – odpowiadam, również z uśmiechem, choć odpowiedź jest przecież oczywista. – Good luck! – rzuca, wciąż się uśmiechając i tu miła i chwilowa pogawędka się kończy. Zapala się zielone, a na ten sygnał morze ludzi przepływa przez „zebrę”. A ja wraz z nimi. Wszyscy zmierzamy w stronę Las Vegas Concention Centre, gdzie za około półtorej godziny rozpocznie się kolejna edycja Międzynarodowych Targów Budowlanych IBS 2024 – chyba największej tego typu imprezy na świecie.

Jestem w Vegas, w Stanach w ogóle, po raz pierwszy. Wszystko jest dla mnie tu nowe, ciekawe, fajne. Jeszcze zanim postawiłem nogę na amerykańskiej ziemi, choć już w drodze na targi, dowiedziałem się, by nie mieć większych oczekiwań. To rada Daniela, architekta z Warszawy, który siedział obok mnie. Traf chciał, że w samolocie pełnym obcokrajowców, obok mnie usiadł akurat Polak. Choć na początku ani ja, ani on zupełnie o tym nie wiedzieliśmy. Mój towarzysz podróży pomógł mi wrzucić bagaż i w mowie królów próbował nawiązać rozmowę. Wtedy jednak zauważyłem, że w ręku trzyma książkę Andrzeja Pilipiuka, więc uśmiechnąłem się i powiedziałem:

Dobra, to może jednak gadajmy po polsku. – On tak spojrzał trochę zaskoczony, kompletnie się tego nie spodziewał, ale szybko odzyskał rezon. – Spoko. Czemu nie? – uśmiechnął się szeroko. No to gadamy.

Daniel pracuje w firmie z zagranicznym kapitałem. Ja na targi, czyli do roboty śmigam, on też do pracy, ale w trochę innym charakterze – jego firma dwa razy w roku organizuje taki wyjazd, bardziej integracyjny niż szkoleniowy, za każdym razem w innym miejscu na świecie. Daniel był już w Barcelonie, za pół roku będzie w Lizbonie, a teraz, na tydzień, będzie poznawał uroki miasta, gdzie w 2002 roku odbyła się olimpiada zimowa.

Jak jesteś pierwszy raz w Ameryce, to nie nastawiaj się na nic. W sensie, żebyś się nie rozczarował, – nowy kolega „wali” prosto z mostu. – Aż tak źle jest? – uśmiecham się. – Nie… – odpowiada. – Ale… nie będę Ci mówił. Sam zobaczysz – mówi, po czym milknie na chwilę, by jeszcze dodać: – Ale wiesz co? To, na co musisz zwrócić uwagę, to natura. Bo tego nie zobaczysz w Polsce – zaręcza Daniel. Gdy kilka godzin później nasz samolot przelatuje nad skąpanymi w słońcu i rzece Hudson górami, czyli nad Salt Lake City właśnie, mój polski kolega szturcha mnie łokciem:

Zobacz – pokazuje widok zza małego okienka. – O tym właśnie Ci mówiłem. – Widok z okna zapiera dech w piersiach. Nie da się go opisać słowami.

Lotnisko w Salt Lake City jest dość spore, ale wspólnie z moim kolegą z firmy, Minh Datem, który woli, gdy mówi się do niego Alex, mamy trzy godziny do kolejnej przesiadki. No to idziemy do jednego z lotniskowych barów, na szybkie piwko, tak jak obiecałem… strażnikowi granicznemu. A było tak. Jak już samolot wylądował cało i bezpiecznie, nieco „zmieleni” blisko dziesięciogodzinnym lotem sunęliśmy w stronę kolejnego lotu – tym razem już do Vegas. Zanim jednak mogliśmy rozsiąść się wygodnie przy barze, najpierw obowiązkowa kontrola. Wygląda to tak, ze podróżni ustawiają się w trzech kolejkach, po czym każdy z osobna jest przywoływany przez jednego ze strażników. Ten „mój” wyglądał dość swojsko, bo – podobnie jak ja – miał zakola i rudą brodę. Miał też groźną miną i wzrok przeszywający, który przenosił to na mój paszport, to na mnie. Nie wiedziałem czego się spodziewać.

Pierwszy raz w Stanach? – spytał nagle. – Tak. – Odpowiadam. – Widać – uśmiechnął się nagle. – Nie stresuj się, – rzucił po przyjacielsku. – Wyglądasz jakbyś nie wiedział, gdzie jesteś. – tu już jawnie darł ze mnie łacha. Żartowniś. Lecz szybko miałem się przekonać, że ludzie w Stanach mówią dużo i szybko, że łatwo ten dystans skracają, no i sporo żartują. Gadamy chwilę, strażnik się mnie o cel wizyty pyta. Mówię, że lecę na targi do Vegas. Targi budowlane interesują go średnio, ale na słowo „Vegas” promienieje. – Piękne miasto, dużo atrakcji. Tylko grzeczny bądź! – robi groźną minę. – Będę. Choć teraz to bym się najchętniej zimnego piwka napił. – mówię zupełnie uczciwie.
Na te słowa strażnik tylko się uśmiecha, po czym… robi mi wykład o tym, by nie jeździć po alkoholu. – To bardzo poważne przestępstwo – podkreśla te słowa kilka razy i wyraźnie. Wygląda jakby mówił poważnie, choć jego oczy wciąż się śmieją. – No, dobra. To leć się bawić. – oddaje mi paszport, a gdy już odchodzę kilka metrów woła jeszcze za mną. – Hej, kolego! – Przystaję trochę zdenerwowany. Oby mnie tylko nie cofnął. – Tak?Pamiętaj! Żadnego prowadzenia auta po alkoholu. – jawnie się śmieje, po czym macha mi ręką na pożegnanie.

W lotniskowym barze cudów się nie spodziewałem, no i dobrze, bo jest prosto i bez fajerwerków. Obok siedzi i pije swoje piwo gość – na oko – po pięćdziesiątce, w kowbojskim kapeluszu na głowie, więc zakładam, że z Teksasu. Po lewej jakiś młody nerd coś dłubie w laptopie, a za barem uwija się kobieta, niska, krępa, po czterdziestce, latynoska uroda. Z plakietki odczytuje jej imię: Maleena.

Co dla Was, chłopaki? – rzuca wesoło. Składamy zamówienie, a jej buzia się nie zamyka. – Skąd jesteście? Z Polski? Oooo. Byłam kiedyś w Europie. Parę lat mieszkałam w Budapeszcie! – Jeszcze dobrze nie usiedliśmy, a wesoła Maleena pół swojego życia nam streściła. Że na Węgrzech to z rodziną i mężem była, ale teraz, od kilku lat, osiedli w stanie Utah. Że ciężko na początku było, bo pracy nie mieli, oszczędności topniały, ale teraz to już lepiej. Nigdy nie była w Vegas, że bardzo nam zazdrości. – Ameryka to kraj gościnny i ładny, Salt Lake City to miejsce piękne, to prawda, ale chyba nie widzieliście Arizony. – Wreszcie zostawia nas, bo ten w kapeluszu kolejne piwko chce zamówić. – Jakbyś chciał coś zamówić, kochany, to mnie wołaj .– rzuca jeszcze.

To też ciekawe i szybko wyłapałem, że tutaj ludzie często zwracają się do Ciebie pieszczotliwie i zdrobniale: Kochany. Kochanie. Słońce. Zupełnie jak w amerykańskich filmach. Jak je w dzieciństwie oglądałem, to wydawało mi się to sztuczne i przerysowane.

A tak jest naprawdę. Patrzę na zegarek. Za godzinę mamy samolot, później kolejne dziewięćdziesiąt minut w podróży i wreszcie jesteśmy. Będzie wciąż jeszcze jasno, gdy postawimy nogę w światowej stolicy hazardu i rozpusty, mocno zmęczeni i lekko zdezorientowani.

Ale o tym jutro.

Talk about our offer

We have prepared something special for you

Recommended articles

W kolejnej odsłonie cyklu przedstawimy Gabrielę, czyli naszą nową technolog na produkcji drewna, która dołączyła do zespołu Bertrand ok. 2…

W naszym stałym cyklu #ludziebertrand poznajcie Rafała, naszego znanego i lubianego Team Leadera Działu Sprzedaży Obiektowej. Jak trafiłeś do firmy…

Nagroda dla firmy Bertrand w kategorii: Best Home Technology Product to była taka wisienka na torcie. Przepiękne zwieńczenie tej ogromnej…